Archiwum dla Październik, 2010

Jeszcze niecały tydzień temu panią leżącą w wannie można było podziwiać w całej jej okazałości.  Teraz najwidoczniej już nie można…

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Od lewej Pani Kane, ja od prawej albo na odwrót…

Jutro Halloween więc czas wybrać się po dynię, by wieczorem wykonać oficjalne dynio-drążenie 🙂

Ponieważ nasz pojazd mechaniczny przeszedł przymusowy przeszczep płuc i ostatnie kilka dni spędził pod czujnym okiem lekarza, wszelakie wojaże zostały zawieszone do odwołania.  Jako iż dni coraz krótsze, a jesień powoli zamienia się w zimę postanowiłyśmy nadrobić zaległości filmowe.  Na pierwszy ogień poszło „Jestem miłością”  Guadagniniego z rewelacyjną Tildą Swinton w roli głównej. Swinton jako Emma, rosyjska emigrantka żyjąca we Włoszech jest częścią potężnej włoskiej rodziny. Właśnie nastaje przełomowy czas dla rodzinnej firmy jak i dla samej familii. Syn i mąż Emmy stają na czele odzieżowego koncernu, córka wyjeżdza do Londynu gdzie wiąże się z kobietą, a sama Emma wdaje się w romans z młodym kucharzem.  Film godny polecenia, hipnotyzuje i pozostaje długo w pamięci.

Drugim godnym polecenia filmidłem jest „After.life”, reżyserski debiut Agnieszki Wójtowicz-Vosloo z Christiną Ricci i Liamem Neesonem. Ricci gra dziewczynę, która po wypadku samochodowym budzi się w domu pogrzebowym. Całość filmu jest praktycznie dialogiem prowadzonym przez nią i właściciela tego domu czyli Neesona. Ten bowiem przygotowuje ją do przejścia na drugą stronę. Ciekawe studium życia z perspektywy śmierci, naszych obaw i lęków i tego dlaczego tak naprawdę chcemy żyć.

Na oku mamy również nowe hiszpańskie kinematograficzne cudo zatytułowane „Pokój w Rzymie”.  Historia dwóch kobiet, które wynajmują pokój w hotelu, a co się w tym pokoju wyprawia trzeba zobaczyć samemu 🙂 My najpewniej obejrzymy jutro, wrażeniami nie omieszkam się podzielić 🙂

Na koniec dwa słowa o tym co polecenia nie godne. „Daybreakers – Świt” czyli horror o wampirach, które nie wiedzieć po co i dlaczego najpierw w takowe się przemieniły, a później im się odmyśliło. Drugim jest wampirza rockowa komedia pt. „Suck”.  Jakby to tubylec  powiedział „It sucks”.

Na dobranoc dwa słowa o nowej modzie czyli o tym co zrobić by pozbyć się niechcianej książki?!  W czasach nie tak bardzo zamierzchłych książki palono. Jednak jak wiadomo książka zbyt kalorycznym materiałem opałowym nie jest.  Można było również ten płód intelektualny oddać na makulaturę. Ci którzy gest hojniejszy mieli przekazywali je bibliotekom w darze. Niestety czasy te odchodzą w zapomnienie. Tak więc Panie i Panowie gdybyście zastanawiali się co zrobić, podpowiadam, obecnie książkę należy utopić.

 

 

Czy heteryckie wesele może zakończyć się lesbijskim skandalem?! Oczywiście, że tak. Zakładając, że druhna jest les, a jej kobieta na skraju (nie)przytomności składała niemoralne propozycje praktycznie do całej damskiej części wesela.

Miały być tańce i hulańce, a było smętnie i chaotycznie. Całość przypominała starą dobrą stypę, okraszoną czterogodzinnymi przemówieniami na cześć młodych. A państwo młodzi praktycznie całe wesele przemieszczali się bez celu pośród zdezorientowanych gości. No bo w końcu kto ma wiedzieć co się dzieje na ich weselu jak nie oni sami?! Gdy wreszcie coś zaczęło się ruszać większość gości nie było już w stanie samych się kontrolować. Tak więc praktycznie dnia następnego niż wesele się odbywało nastąpić miało uroczyste tortu rozkrojenie.

Tort. Brązowa kupa ciasta drożdżowego, obficie zalana brązowym lukrem budziła w nas spore emocje od samego początku. I to nie ze względu na finezję wykończenia, której nie było. Wszystko za sprawą sporego tortu przechyłu na stronę prawą. Zastanawiałyśmy się czy dotrwa on do uroczystego krojenia. Na nieszczęście dotrwał.

Gdy już tort został oficjalnie ciachnięty przez małżonków, nastąpiło jego dzielenie i już po godzinie każdy mógł dostać swój centymetr kwadratowy ciasta. Biada tym, którzy załapali się tylko na lukier.

Jak już wszyscy nacieszyli się tortem, czyli jakieś dziewięćdziesiąt minut później nadszedł czas na bufet. Podekscytowane żony, matki i kochanki mężczyzn swych głodziły dzień cały by ci z zimnego szwedzkiego stołu najedli się do syta. To był sygnał by zbierać się do wyjścia. Zrobiłyśmy to oczywiście po angielsku, szerokim łukiem omijając wygłodniały tłum otaczający stoły ze zdechłymi kanapkami.

 

Nigdy więcej angielskich wesel. Przynajmniej takie jest założenie do kolejnego wesela, które pojawi się na horyzoncie.