Archiwum dla Listopad, 2010

W ramach naszej opóźnionej o pięć miesięcy podróży poślubnej od jutra zaczynamy się wybrzuszać  na plaży 🙂

Tęczowe ręczniki spakowane. Mam nadzieję, że przeżyję pięć godzin w samolocie.  Wracamy pod koniec miesiąca.

Reklamy

Do wszystkich zionących testosteronem, szczycących się literką „M” w paszporcie, osobników pracujących w sklepach typu Praktiker:

– Tak, wiem jaką sierść ma mieć mój pędzel;

– Nie, nie chcę jeszcze raz zastanowić się nad kolorem farby, krwisto czerwony wcale nie jest dla nas za ciemny;

– Po co mi dziesięciolitrowe wiaderko farby skoro chcę pomalować sufit o powierzchni pięciu metrów kwadratowych ?

– Tak, potrafię obliczyć powierzchnię sufitu, ścian, a nawet podłogi;

– Zdecydowanie nie potrzebuję poradnika i płyty CD o tym jak szybko i sprawnie pomalować ścianę;

– Nie, nie może mi Pan niczego zanieść, ponieść, podtrzymać ani potrzymać;

– Mam już „pistolet” w domu, nie chcę całego zestawu, nawet jeśli jest w promocji, potrzebny mi tylko silikon;

– Doskonale wiem, że potrzebna mi piła do cięcia podłogi, przecież nie będę jej nadgryzać;

– Nie, do docinania podłogi nie potrzebuje rękawic, okularów ani maseczki. Tym bardziej proszę mi nie oferować, że zrobi Pan to pół darmo. Sama se zrobię. Za darmo.

 

Coraz bardziej zastanawiam się nad tym jak bardzo cyberprzestrzeń ingeruje w codzienność albo jak my i nasze codzienne sprawy ingerujemy w nią. Co by było gdyby nagle wszystko co  wirtualne, blututowe, komórkowe i bezprzewodowe trafił szlag?  Taki powrót do wczesnych lat dziewięćdziesiątych (no osiemdziesiątych w krajach bardziej „rozwiniętych”) gdzie telefony komórkowe były wielkością porównywalne do cegły, a Comodore 64 było prababką Play Station.  Na rozważania tego typu naszło mnie po tym jak na mojej Fejsbukowej skrzynce pojawiło się zaproszenie na pogrzeb brata kobiety z którą pracuję. Świętej pamięci mężczyzny nie znałam, z siostrą jego wymieniam raptem kilka zdań na dzień. I nie chodzi mi nawet o zaproszenie na pogrzeb nieznajomego. Bardziej zastanawia mnie fakt wirtualnego nekrologu, który pojawia się  na profilu w postaci „eventu” gdzieś pomiędzy informacją o tym, że „zboże jest gotowe do zebrania”, ” trzoda chlewna jest głodna” czy horoskopowymi przepowiedniami. Może się czepiam, może stare dobre klepsydry odeszły już po prostu do lamusa…

Gdyby ktoś nie wierzył, pamiątkowy screen.

Wreszcie udało nam się wygospodarować kawałek czasu na obejrzenie „Pokoju w Rzymie”. I na początku muszę się przyznać bez bicia. Rozczarowałam się. Nie dlatego, że film był zły. Rozczarowałam się ponieważ przed obejrzeniem założyłam, że będzie to tzw. „kaszanka”. Na całe szczęście były to jedne z lepiej spędzonych przed telewizorem godzin . Oglądając tą klimatyczna opowieść o dwóch, dopiero co poznanych kobietach mamy wrażenie, że z każdą minutą nabiera ona kształtu, smaku i koloru. Cała teatralność i symbolika nabierają pełniejszego sensu, a wszechobecna nagość schodzi na drugi plan.

Médem zrobił naprawdę życiowy film. Udało mu się pokazać cały „proces” zatracania się w chwili. Zatracania się w sobie mimo presji nieubłagalnie mijającego czasu, aż wreszcie gorycz rozstania…

Cieszę się, że Żona wygrzebała ten film, bo po wszystkich „L łordach” i „Lip serwisach” zaczynałam już tracić nadzieję na to, że uda mi się obejrzeć jakiś naprawdę dobry branżowy film. Tym samym miłośniczką powyższych pozycji, „Room in Rome” odradzam…