Archiwum dla Styczeń, 2011

Zmiana adresu

Posted: 31/01/2011 in Uncategorized

 

Ponieważ mam już dość  wordpress`a od dziś można mnie będzie znaleźć pod tym adresem.

 

 

Zmartwychwstanie

Posted: 30/01/2011 in Poglądowo

Wow!

Niespodzianka miesiąca.

prohomofobia.pl powróciła do „życia”.

Czyli bzdur wyssanych z palca ciąg dalszy.

Znajomi wyjeżdżają na urlop na Kubę. Miejsce to zaczęło się cieszyć angielskim zainteresowaniem ze względu na swój egzotyczno-komunistyczny charakter. Odwiedziny krainy wujka Fidela zapowiadają niezwykle ciekawie. Okazało się bowiem, że  hotel w którym znajomi mają przebywać jest dopiero w trakcie budowy. Trzeba przyznać, poczucie humoru Castro ma ogromne, a i o tym jak ściągnąć darmową siłę roboczą, wiedzę posiada dużą.

Oby tylko urlop nie wyglądał tak  :

Nim się obejrzałam tydzień praktycznie dobiegł końca.  A dopiero co, na samym jego początku spotkałyśmy się z Ewą w Manchesterze. Posiedziałyśmy w knajpce, pogadałyśmy i zrobiłyśmy tour de city centre, zahaczając o jego najciekawsze punkty. To było we wtorek, a już za kilka godzin będzie sobota.

Strach się bać jak szybko leci czas…

Z oddali obserwuję, choć może lepiej napisać, poczytuję (głównie u Ewy i Abiekta) to co dzieje się w związku z przygotowywaniami Parady Równości 2011. Nie powiem, mój mózg zaraz po zagotowaniu się, zlasował się kompletnie. Dlaczego mi to uczyniłeś, pytam nieśmiało. Zaprawdę powiadam ci, odparł, nie potrafię już nadążyć za tymi wszystkimi komitetami organizacyjnymi, zleceniodawcami, wykonawcami, podwykonawco-iluzjonistami. Wszystkie te firmy krzaki, zespoły specjalne, nadzwyczajne i rzesze niezliczonych do zapamiętania spec komisji to dla mnie za dużo.

Sam już fakt zastrzegania nazwy lekko mnie zdziwił. Na całe jednak szczęście Bóg kazał się dzielić i Parada Równości będzie nadal paradą. Ufff…Choć oczywiście nazwę można było zapożyczyć, lekko spolszczyć i mielibyśmy swojsko brzmiącą „Prajd Parejd”. Nikt by się nie połapał, zresztą kto by się przejmował polską „Prajdołą” ? Dodatkowo nazwa jest na tyle elastyczna, że łatwo można ją zregionalizować i tak mielibyśmy katowicki „Prajdczok”, częstochowski „Prajdej” (lub „Prejdej”, to w zależności od wyznania) czy krakowski „Prajdków”. Zawsze gdy braknie pomysłów, „pochód” można nazwać po prostu „Niepodległym marszem wszystkiego co się napatoczy”.

A teraz wysilając ostatni pozostały przy życiu neuron. Proszę spojrzeć na te dwa przemiłe stworki.

Zwróćmy uwagę na ich obłe, perfekcyjne kształty. No i jedno oko po środku. Czyż nie wyglądałyby uroczo jadąc na jakieś platformie ? Jeśli przyjrzymy się dokładnie na czole istoty z lewej strony widnieje literka „W”, osobnik po prawej ma literkę „M”.  Cóż owe istoty miałyby symbolizować ? Oczywiście odwieczną przyjaźń pomiędzy Paradą Równości a Wszechpolakami („W) i Moherami („M”).  Bo mohery też dostały zaproszenie i przychodzą, prawda?

Rozmowa z tubylcami na temat monarchii bardzo przypomina polską debatę na temat kościoła katolickiego. Ogólnie rodowitych mieszkańców wysp można  podzielić na trzy grupy:

* Grupa pierwsza to ludzie zapatrzeni jak w obrazek w rodzinę królewską;

* Grupa numer dwa czyli ci którzy na samo wspomnienie o Elżbiecie II dostają białej gorączki;

* Grupa trzecia czyli wszyscy ci którym generalnie to „wisi”.

Obecnie toczą się prawdziwe debaty w stylu „o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą”, a to oczywiście w związku z nadchodzącym ślubem książątka. Grupa pierwsza i druga toczy zajadłe boje.  Jedni rozkładają już namioty na trasie przejazdu karocy wiozącej książęcą parę, ci drudzy szukają miejsc typu „free from royal wedding „. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt iż dzień zaślubin został ogłoszony „jednorazowym” specjalnym świętem narodowym czyli po ludzku dniem wolnym od pracy. Nie słyszałam jeszcze o planowanych ustawkach na antymonarchistyczne akcje ale może być gorąco.

Tymczasem ja standardowo będąc sobą podnoszę systematycznie ciśnienie kilku osobą z pracy wdając się w debaty na wyżej wymieniony temat. Doprowadzić do czerwoności tudzież do głębokiego zamyślenia skwitowanego „muszę to sprawdzić na internecie”, nie jest trudno. W nawiązaniu do tematu wystarczy napomknąć, że sami nie wiedzą w jakim ustroju żyją. Większość zaparcie twierdzi, że to czysto krwista monarchia. Pomijam fakt, że o czymś takim jak monarchia parlamentarna nigdy nie słyszeli. Słodkie jest życie w nieświadomości.

Choć krwawiej robi się gdy dochodzi do zagadnień geograficznych, a dokładnie gdy natrafi się na taki o to dialog:

– Wyjeżdzamy za granicę na urlop ?

– Świetnie. Gdzie jedziecie ?

– Do Szkocji.

**************

Opcjonalnie można jeszcze wstawić Walię. Powyższe pozostawię bez komentarza.

W związku z „apelem” o większą liczbę postów, Pani Kane oświadczyła, że przyczyni się do rozwoju bloga.  Od dziś jest nas dwie. A ja z niecierpliwością czekam na pierwszą notkę Pani Kane:)

Dworzec PKP w Katowicach. Nie istniejący już obiekt, który budził skrajne emocje. Z jednej strony brud, smród i rzesze bezdomnych. Z drugiej architektoniczne cacko. Brutal, którego sercem były betonowe „kielichy”.  Przez kilka lat pod owymi kielichami przechodziłam kilka razy dziennie.  Obok wejścia na pierwszy peron wisiała reklama dworcowego antykwariatu brzmiąca: „Tanie kryminałki w dolnym holu”.

Nie jestem wielką zwolenniczką zmiękczania, zdrabniania ani innych temu podobnych słowo tworów ale na widok słowa „kryminałki” zawsze poprawiał mi się humor. Tak więc będzie o „kryminałkach” ale i nie tylko, mimo iż ten rodzaj literatury na przestrzeni lat najbardziej przypadł mi do gust. To tyle sentymentalnego i etymologicznego wywodu na temat nazwy nowego działu.

Na pierwszy ogień idzie zatem  „Manchester slingback”  Nicholasa Blincoe. Tak jak przysłowiowej ślepej kurze ziarno, tak nam trafił się ten tytuł. Nie ma nic piękniejszego niż kryminał, którego akcja rozgrywa się w „gay village” w Manchesterze. Dla mnie to obecnie tak samo jakby przyszły/niedoszły morderca grasował pomiędzy Rasko, Galerią, a Toro.

Głównym bohaterem jest Jake Powell, gej po trzydziestce będący właścicielem londyńskiego kasyna. Pewnego dnia jego spokojne życie, zakłóca wizyta tak zwanej zmory z przeszłości w postaci detektywa Green`a. Policjant prosi go o powrót do rodzinnego Manchesteru w celu rozwiązania zagadkowej śmierci jego przyjaciela. Główny bohater udaje się w niechcianą, mało sentymentalną podróż w przeszłość, okraszoną przygodnym seksem, narkotykami i niekończącymi się imprezami.

Pomijając wątek kryminalny, książka wydana w roku 98`  ciekawie obrazuje angielskie branżowe życie późnych lat osiemdziesiątych. I chyba to zobrazowanie środowiska gejowskiego najbardziej udało się autorowi gdyż sama akcja momentami przypomina (przepraszam za sformułowanie) jedną wielką cioto-dramę. Im bliżej końca tym bardziej kolorowo. Mimo to, jeśli ktoś będzie miał okazję, polecam przeczytać. Książka niestety nie doczekała się polskiego przekładu, czy kogoś to dziwi, ale  można ją znaleźć na allegro w wydaniu oryginalnym.

Zawiesiłyśmy na ścianie nowy kalendarz co chyba oznacza, że nastał nowy rok. Jeśli się mylę proszę mnie poprawić.

Nie będzie wielkich podsumowań, inni zrobili to lepiej i dokładniej. Wielkich noworocznych postanowień też nie będzie. Jedyne co to  postaram się wiecej pisać. Robiąc szybką końcowo-nowo roczną inwentaryzację życiową w 2011 wchodzę z :

* Żoną (sztuk jedna) – poślubioną, zaobrączkowaną, dumnie noszącą moje nazwisko. Kochając ją z dnia na dzień coraz mocniej mam nadzieję, że wytrzyma ze mną jeszcze trochę.

* Kotem (półtorej sztuki) – niestety Pan de Kot jest zbyt duży by liczyć go jako jednostkę.

* Czerwonym pojazdem czterokołowym (też jedna sztuka).

* Mieszkaniem (tu w metrach w liczbie pięćdziesięciu).

*Na koniec cała reszta rzeczy mniej lub bardziej ważnych.

Czy to był dobry rok ? Jasne, że tak. Patrząc z perspektywy były i te lepsze i te gorsze dni, z przewagą tych pierwszych. Mam nadzieję, że ten obecny będzie równie dobry albo nawet lepszy. Nie tylko dla mnie ale dla wszystkich 🙂 Szczęśliwego zatem…