Było i ni ma

Posted: 09/12/2010 in Poglądowo

Nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu nie mogę się dostać na moją „ulubioną” pro-homofobiczną stronę.  Czyżby wyssali już z palca ostatni bezsensowny argument ? Jeśli tak to nie miałam szans się pożegnać, zatem uczynię to teraz:

Adiós, prohomofobio. Gdziekolwiek teraz jesteś wiedz iż nie tęsknię.

Powróciłyśmy. Z trzydziestu stopni wskoczyłyśmy w minus dziesięć. Ciepły piach zastąpiły śnieżne zaspy i tak do kolejnego urlopu (choć mam nadzieję, że śnieg stopnieje szybciej). Pani Kane była w kaktusim raju, wszak na Teneryfie nie rośnie praktycznie nic innego niż kaktusy, palmy i pilnie strzeżone drzewa bananowe. Wszystko to okraszone niezliczoną ilością niemieckich turystów, którzy wydawać by się mogło wciśnięci byli w każdą najmniejszą dziurę…Niemieckie plażowiczki nie były niestety lepsze. Mało estetyczne, (dzięki Bogu, tylko) pół nagie, rozpłaszczone i zalegające na plaży.

Wszystko było rewelacyjne. Pogoda piękna, woda w oceanie ciepła i błękitna. Zdjęcie z palmą. Palemka w drinku. Drink w basenie. Surfowanie, nurkowanie, podglądanie rybek wolno pływających i delfinów. Dwunastokilometrowy „lekki” trekking górski i pięciometrowe fale.

Jednak nie potrafiłyśmy się przebić przez fakt, że wszystko było tak bardzo smutne i  kolorowe na siłę.  Przez to, że praktycznie wszyscy mieszkańcy tej wyspy pracują w tzw. szeroko pojętej turystyce i nie są z tego powodu zbyt szczęśliwi. A sami turyści są swego rodzaju  konkwistadorami. Przykre to bo bieda wygląda praktycznie z każdego zaułku, a większość zatracona w szale opalania tego nie zauważa. Albo nie chcą tego zauważać, żeby bez problemów w tym szale się zatracić…

Dobrze być już w domu.

W ramach naszej opóźnionej o pięć miesięcy podróży poślubnej od jutra zaczynamy się wybrzuszać  na plaży 🙂

Tęczowe ręczniki spakowane. Mam nadzieję, że przeżyję pięć godzin w samolocie.  Wracamy pod koniec miesiąca.

Do wszystkich zionących testosteronem, szczycących się literką „M” w paszporcie, osobników pracujących w sklepach typu Praktiker:

– Tak, wiem jaką sierść ma mieć mój pędzel;

– Nie, nie chcę jeszcze raz zastanowić się nad kolorem farby, krwisto czerwony wcale nie jest dla nas za ciemny;

– Po co mi dziesięciolitrowe wiaderko farby skoro chcę pomalować sufit o powierzchni pięciu metrów kwadratowych ?

– Tak, potrafię obliczyć powierzchnię sufitu, ścian, a nawet podłogi;

– Zdecydowanie nie potrzebuję poradnika i płyty CD o tym jak szybko i sprawnie pomalować ścianę;

– Nie, nie może mi Pan niczego zanieść, ponieść, podtrzymać ani potrzymać;

– Mam już „pistolet” w domu, nie chcę całego zestawu, nawet jeśli jest w promocji, potrzebny mi tylko silikon;

– Doskonale wiem, że potrzebna mi piła do cięcia podłogi, przecież nie będę jej nadgryzać;

– Nie, do docinania podłogi nie potrzebuje rękawic, okularów ani maseczki. Tym bardziej proszę mi nie oferować, że zrobi Pan to pół darmo. Sama se zrobię. Za darmo.

 

Coraz bardziej zastanawiam się nad tym jak bardzo cyberprzestrzeń ingeruje w codzienność albo jak my i nasze codzienne sprawy ingerujemy w nią. Co by było gdyby nagle wszystko co  wirtualne, blututowe, komórkowe i bezprzewodowe trafił szlag?  Taki powrót do wczesnych lat dziewięćdziesiątych (no osiemdziesiątych w krajach bardziej „rozwiniętych”) gdzie telefony komórkowe były wielkością porównywalne do cegły, a Comodore 64 było prababką Play Station.  Na rozważania tego typu naszło mnie po tym jak na mojej Fejsbukowej skrzynce pojawiło się zaproszenie na pogrzeb brata kobiety z którą pracuję. Świętej pamięci mężczyzny nie znałam, z siostrą jego wymieniam raptem kilka zdań na dzień. I nie chodzi mi nawet o zaproszenie na pogrzeb nieznajomego. Bardziej zastanawia mnie fakt wirtualnego nekrologu, który pojawia się  na profilu w postaci „eventu” gdzieś pomiędzy informacją o tym, że „zboże jest gotowe do zebrania”, ” trzoda chlewna jest głodna” czy horoskopowymi przepowiedniami. Może się czepiam, może stare dobre klepsydry odeszły już po prostu do lamusa…

Gdyby ktoś nie wierzył, pamiątkowy screen.

Wreszcie udało nam się wygospodarować kawałek czasu na obejrzenie „Pokoju w Rzymie”. I na początku muszę się przyznać bez bicia. Rozczarowałam się. Nie dlatego, że film był zły. Rozczarowałam się ponieważ przed obejrzeniem założyłam, że będzie to tzw. „kaszanka”. Na całe szczęście były to jedne z lepiej spędzonych przed telewizorem godzin . Oglądając tą klimatyczna opowieść o dwóch, dopiero co poznanych kobietach mamy wrażenie, że z każdą minutą nabiera ona kształtu, smaku i koloru. Cała teatralność i symbolika nabierają pełniejszego sensu, a wszechobecna nagość schodzi na drugi plan.

Médem zrobił naprawdę życiowy film. Udało mu się pokazać cały „proces” zatracania się w chwili. Zatracania się w sobie mimo presji nieubłagalnie mijającego czasu, aż wreszcie gorycz rozstania…

Cieszę się, że Żona wygrzebała ten film, bo po wszystkich „L łordach” i „Lip serwisach” zaczynałam już tracić nadzieję na to, że uda mi się obejrzeć jakiś naprawdę dobry branżowy film. Tym samym miłośniczką powyższych pozycji, „Room in Rome” odradzam…

Jeszcze niecały tydzień temu panią leżącą w wannie można było podziwiać w całej jej okazałości.  Teraz najwidoczniej już nie można…

 

 

 

 

 

 

 

Od lewej Pani Kane, ja od prawej albo na odwrót…

Jutro Halloween więc czas wybrać się po dynię, by wieczorem wykonać oficjalne dynio-drążenie 🙂

Ponieważ nasz pojazd mechaniczny przeszedł przymusowy przeszczep płuc i ostatnie kilka dni spędził pod czujnym okiem lekarza, wszelakie wojaże zostały zawieszone do odwołania.  Jako iż dni coraz krótsze, a jesień powoli zamienia się w zimę postanowiłyśmy nadrobić zaległości filmowe.  Na pierwszy ogień poszło „Jestem miłością”  Guadagniniego z rewelacyjną Tildą Swinton w roli głównej. Swinton jako Emma, rosyjska emigrantka żyjąca we Włoszech jest częścią potężnej włoskiej rodziny. Właśnie nastaje przełomowy czas dla rodzinnej firmy jak i dla samej familii. Syn i mąż Emmy stają na czele odzieżowego koncernu, córka wyjeżdza do Londynu gdzie wiąże się z kobietą, a sama Emma wdaje się w romans z młodym kucharzem.  Film godny polecenia, hipnotyzuje i pozostaje długo w pamięci.

Drugim godnym polecenia filmidłem jest „After.life”, reżyserski debiut Agnieszki Wójtowicz-Vosloo z Christiną Ricci i Liamem Neesonem. Ricci gra dziewczynę, która po wypadku samochodowym budzi się w domu pogrzebowym. Całość filmu jest praktycznie dialogiem prowadzonym przez nią i właściciela tego domu czyli Neesona. Ten bowiem przygotowuje ją do przejścia na drugą stronę. Ciekawe studium życia z perspektywy śmierci, naszych obaw i lęków i tego dlaczego tak naprawdę chcemy żyć.

Na oku mamy również nowe hiszpańskie kinematograficzne cudo zatytułowane „Pokój w Rzymie”.  Historia dwóch kobiet, które wynajmują pokój w hotelu, a co się w tym pokoju wyprawia trzeba zobaczyć samemu 🙂 My najpewniej obejrzymy jutro, wrażeniami nie omieszkam się podzielić 🙂

Na koniec dwa słowa o tym co polecenia nie godne. „Daybreakers – Świt” czyli horror o wampirach, które nie wiedzieć po co i dlaczego najpierw w takowe się przemieniły, a później im się odmyśliło. Drugim jest wampirza rockowa komedia pt. „Suck”.  Jakby to tubylec  powiedział „It sucks”.